Już
jakiś czas temu uświadomiłam sobie, jak bardzo samą siebie
zaniedbałam. Gdy człowiek skupiony jest od zawsze na zaspokajaniu
potrzeb innych ludzi, gdy miarą jego istnienia jest zadowolenie tych
INNYCH, sam staje się nieistotny.
Jeśli
dodatkowo zadowolenie teoretycznie bliskich Tobie ludzi odbywa się
nieustannie Twoim kosztem, to wręcz musisz zapomnieć o swoich
potrzebach, wymaga się tego od Ciebie.
Jeśli w takim domu dorastałaś, jeśli tego się od Ciebie wymagało, to więcej niż pewne, że masz problemy z określeniem swoich potrzeb. Ciebie jako człowieka.
Rodzina dysfunkcyjna (bez względu na rodzaj dysfunkcji) całkowicie ogranicza wolność poszczególnych jej członków. Nie ma w niej miejsca na indywidualne potrzeby dzieci, jest wykorzystywanie wszystkich zasobów dla utrzymania pozorów normalności i zachowania równowagi. Dostajesz jasny sygnał, że od Twojego zachowania zależy, „jak będzie”. Filtrujesz swoje zachowania, słowa i myśli przez bardzo drobne oczka „Czy to nie zdenerwuje ojca? Czy to nie zrani matki?” Zrzucenie odpowiedzialności za patologiczne zachowania rodziców na barki dziecka jest czymś, co zaważy na całym jego przyszłym życiu. Wieczne poczucie obowiązku i wieczne poczucie winy, wieczna potrzeba udowadniania swojej przydatności.
Gdy wracam myślami do czasów dzieciństwa, to z przykrością uświadamiam sobie, że moja „nieważność” nie wiązała się tylko z okresami, gdy ojciec pił. Generalnie traktowano mnie jak kogoś, kto nie zasługuje na uwagę i kogo nie pyta się o to, czego potrzebuje, czego by chciał.
Byłam jak bezwolna pacynka. Robiłam to, czego ode mnie oczekiwano, bez względu na konsekwencje dla samej siebie. Dlaczego tak robiłam? Bo wpojono mi, że jestem częścią tego chorego układu. Że mam powinności i zobowiązania, ma obowiązek robienia WSZYSTKIEGO, by ten układ się nie rozpadł.
Całkowite odwrócenie ról dziecko-rodzic, brak norm, życie w zakłamaniu i obłudzie. Co jest dobre a co złe? Co jest prawdziwe, a co jest fałszem? Na te tematy nie rozmawia się w rodzinach takich, jak moja. Bo te tematy wydobyłyby na światło dzienne prawdę. A tego nie chcieli najbardziej.
Podobnie zresztą było w moim małżeństwie. Znów dostosowywanie się do potrzeb innych ludzi.
Dopiero niedawno dotarło do mnie, że ten garb wciąż mnie obciąża. Wpojone przekonanie, że ode mnie, od mojego zachowania zależy, czy „będzie dobrze”. Jak gąbka chłonę emocje, nastrój drugiej osoby. Zwłaszcza te negatywne. Ulegam im i stanę na głowie, by „było lepiej”. Bo przez to wpojone poczucie winy i odpowiedzialności natychmiast uważam, że to ja za nie odpowiadam.
Ja i podobne mi osoby mamy jedno imię „Co mogę jeszcze zrobić, byś poczuł się lepiej i z wdzięczności za moje zaangażowanie mnie polubił”. Taki rodzaj emocjonalnej prostytucji.
Świadomość, że oprócz własnego dziecka, prawie nikt nigdy o mnie nie dbał jest przytłaczająca. Bo oczywiście aż prosi się o ocenę „Pewnie na to zasłużyłam”.
Obserwując inne matki widzę, jak łatwo uwiesić się na dziecku, na jego gotowości do kochania, na jego przywiązaniu i poczuciu obowiązku. Zagarniają je dla siebie, podobnie jak w mojej rodzinie ograniczają ich wolność i uniemożliwiają samookreślenie. Inna droga, ale skutek ten sam.
Ja chcę przeżyć SWOJE życie. By to się stało, muszę poznać siebie. Swoje potrzeby, wady i zalety. To cholernie trudne. Ale uparłam się i tego dokonam. POMIMO tego, jak bardzo boli dokopywanie się do prawdy, pomimo tego, że często brak sił do zmagania się z tym, czym mnie naznaczono. Już wiem, że ZMIANA musi dokonać się we mnie.
Czuję się jakby zawiązano mi oczy i wsadzono do zupełnie obcego pomieszczenia pełnego sprzętów rozmieszczonych w sposób zupełnie mi nieznany. Wciąż się o coś boleśnie obijam, wciąż czuję strach przed tym, co przede mną. Ale też zapamiętuję i oswajam już poznane obszary. Jestem tu sama. Sama za wszystko odpowiadam, ale nikt mi też nie przeszkadza. Gdy już poznam dokładnie to pomieszczenie, wypełniające je przedmioty i ich rozmieszczenie, będę mogła się zastanowić jak je urządzić. Dla najważniejszej osoby w moim życiu, dla mnie samej.
Jeśli w takim domu dorastałaś, jeśli tego się od Ciebie wymagało, to więcej niż pewne, że masz problemy z określeniem swoich potrzeb. Ciebie jako człowieka.
Rodzina dysfunkcyjna (bez względu na rodzaj dysfunkcji) całkowicie ogranicza wolność poszczególnych jej członków. Nie ma w niej miejsca na indywidualne potrzeby dzieci, jest wykorzystywanie wszystkich zasobów dla utrzymania pozorów normalności i zachowania równowagi. Dostajesz jasny sygnał, że od Twojego zachowania zależy, „jak będzie”. Filtrujesz swoje zachowania, słowa i myśli przez bardzo drobne oczka „Czy to nie zdenerwuje ojca? Czy to nie zrani matki?” Zrzucenie odpowiedzialności za patologiczne zachowania rodziców na barki dziecka jest czymś, co zaważy na całym jego przyszłym życiu. Wieczne poczucie obowiązku i wieczne poczucie winy, wieczna potrzeba udowadniania swojej przydatności.
Gdy wracam myślami do czasów dzieciństwa, to z przykrością uświadamiam sobie, że moja „nieważność” nie wiązała się tylko z okresami, gdy ojciec pił. Generalnie traktowano mnie jak kogoś, kto nie zasługuje na uwagę i kogo nie pyta się o to, czego potrzebuje, czego by chciał.
Byłam jak bezwolna pacynka. Robiłam to, czego ode mnie oczekiwano, bez względu na konsekwencje dla samej siebie. Dlaczego tak robiłam? Bo wpojono mi, że jestem częścią tego chorego układu. Że mam powinności i zobowiązania, ma obowiązek robienia WSZYSTKIEGO, by ten układ się nie rozpadł.
Całkowite odwrócenie ról dziecko-rodzic, brak norm, życie w zakłamaniu i obłudzie. Co jest dobre a co złe? Co jest prawdziwe, a co jest fałszem? Na te tematy nie rozmawia się w rodzinach takich, jak moja. Bo te tematy wydobyłyby na światło dzienne prawdę. A tego nie chcieli najbardziej.
Podobnie zresztą było w moim małżeństwie. Znów dostosowywanie się do potrzeb innych ludzi.
Dopiero niedawno dotarło do mnie, że ten garb wciąż mnie obciąża. Wpojone przekonanie, że ode mnie, od mojego zachowania zależy, czy „będzie dobrze”. Jak gąbka chłonę emocje, nastrój drugiej osoby. Zwłaszcza te negatywne. Ulegam im i stanę na głowie, by „było lepiej”. Bo przez to wpojone poczucie winy i odpowiedzialności natychmiast uważam, że to ja za nie odpowiadam.
Ja i podobne mi osoby mamy jedno imię „Co mogę jeszcze zrobić, byś poczuł się lepiej i z wdzięczności za moje zaangażowanie mnie polubił”. Taki rodzaj emocjonalnej prostytucji.
Świadomość, że oprócz własnego dziecka, prawie nikt nigdy o mnie nie dbał jest przytłaczająca. Bo oczywiście aż prosi się o ocenę „Pewnie na to zasłużyłam”.
Obserwując inne matki widzę, jak łatwo uwiesić się na dziecku, na jego gotowości do kochania, na jego przywiązaniu i poczuciu obowiązku. Zagarniają je dla siebie, podobnie jak w mojej rodzinie ograniczają ich wolność i uniemożliwiają samookreślenie. Inna droga, ale skutek ten sam.
Ja chcę przeżyć SWOJE życie. By to się stało, muszę poznać siebie. Swoje potrzeby, wady i zalety. To cholernie trudne. Ale uparłam się i tego dokonam. POMIMO tego, jak bardzo boli dokopywanie się do prawdy, pomimo tego, że często brak sił do zmagania się z tym, czym mnie naznaczono. Już wiem, że ZMIANA musi dokonać się we mnie.
Czuję się jakby zawiązano mi oczy i wsadzono do zupełnie obcego pomieszczenia pełnego sprzętów rozmieszczonych w sposób zupełnie mi nieznany. Wciąż się o coś boleśnie obijam, wciąż czuję strach przed tym, co przede mną. Ale też zapamiętuję i oswajam już poznane obszary. Jestem tu sama. Sama za wszystko odpowiadam, ale nikt mi też nie przeszkadza. Gdy już poznam dokładnie to pomieszczenie, wypełniające je przedmioty i ich rozmieszczenie, będę mogła się zastanowić jak je urządzić. Dla najważniejszej osoby w moim życiu, dla mnie samej.
Czego
i Wam wszystkim życzę.































